5 rzeczy które na wsi są za darmo


Czytelnicy tego bloga zapewne wiedzą, że pisząc o wsi staram się nie koloryzować. Pisałam już o sprawach mało przyjemnych, a dziś przyszła pora na lepszą stronę wsi, którą chce Wam pokazać. 


Widoki jak na wakacjach. 

Wystarczy wyjść z domu, a wiosną i latem urzeka nas śpiew ptaków, błękit nieba i wszechogarniające uczucie wolności. 

To prawda, że mieszkając nawet w mieście jest dostęp do parków, ale często jakość powietrza pozostawia wiele do życzenia. Nierzadko jest takie zanieczyszczenie, że nie widać nawet już błękitu nieba, a myślimy że to chmury.

 Z pewnością ludzie na wsi chorują mniej, choć nie jest to regułą. Dostęp do paskudnej żywności wszędzie jest taki sam. A nie każdy ma czas i siły by uprawiać ogród i hodować kury. 


SPA i rozkosze dla duszy

Mam tu na myśli taki widok i miejsce do którego jest ciągły dostęp. Kawałek prywatnego raju, łąka na wsi.  Wystarczy zabrać matę i można praktykować Jogę, Medytację i co tam dusza i ciało tylko zapragnie.

Posiadanie kawałka łąki jest w tych czasach skarbem nieocenionym. Kiedy ludzi zamyka się w ciasnych mieszkaniach, w  blokach (z wiadomych powodów), tym bardziej doceniam to co mam. Trudno mi teraz uwierzyć, że kiedyś chciałam żyć w mieście. 


Sąsiedzkie relacje

Kolejna rzecz natury psychologicznej, dobry sąsiad to taki który nie szkodzi? Niby tak, ale na wsi z pewnością łatwiej o sąsiedzkie relacje.

 Co prawda i tu teraz ludzie bardziej się izolują. Jest jednak pewność, że kiedy nie będzie Ciebie w domu, to złodziej się nie włamie, bo sąsiad na podwórku stale czuwa.

Inna sprawa, to że opalać się topless latem nie można pod domem. Trzeba się wtedy przenieść za krzaki i na łąkę. 


Woda ze studni głębinowej. 

Studnia, która jest spadkiem po przodkach to czysty skarb.  Woda z niej służy głównie do podlewania warzyw i piją ją zwierzęta. Z  wygody nie korzystamy z tej wody w domu. 

W razie awarii jednak nie muszę się martwić, że zabraknie wody. Już nie raz przynosiłam wodę w wiadrach do domu kiedy wodociąg miał przerwy w dostawie. 

No i koza ma na co wskakiwać. 



Nawóz z obornika. 

Mało oczywista i może niezbyt estetyczna rzecz. To jest właśnie efekt uboczny hodowli zwierzaka. Niezależnie czy to królik, koza czy kura, zjada więc i kupę robi. A kupa ta nie jest bezużyteczna, bo warzywa z takim obornikiem potrafią rosnąć jak szalone.

Taka ciekawostka: Ceny obornika na wsi potrafią windować w górę. Także opłaca się mieć zwierzaka nawet tylko po to. 

Na wsi coraz mniej zwierząt jest hodowanych w sposób naturalny. A gnój od świnki karmionej paszą do niczego dobrego nie posłuży. Zresztą te wielkie fermy zwierząt to po prostu porażka... i dla środowiska naturalnego, jak też dla nas ludzi. 



Mam nadzieję, że nieco uprzyjemniłam Wam czas moim pisaniem i z radością zajrzycie tu ponownie. 

Kwiecień na wsi

Dziś zapraszam na posumowanie z pierwszych kwietniowych dni. Czas tak szybko ucieka, ale dobrze że jest telefon. Uwielbiam dokumentować te nasze radosne momenty na wsi. 


Na początku kwietnia było nawet przyjemnie.


Wybraliśmy się na spacer do parku, gdzie urzekły nas łabędzie pływające w stawie. Pogoda była słoneczna i ciepła. Czekamy więc na jej powrót i na nowe spacery. 




Dwie Indyczki w jednym gnieździe.


Spotkały się dwie Indyczki, jedno gniazdo założyły. Jajka wspólnie nosiły, wysiadywały. A co z tego będzie nie wiadomo jeszcze. (Indyki i jajka nie moje). 




Czarna koza na wolności.


Takie widoki tylko u nas. Koza która służy tylko do zabawy. Oprócz tego wcale nie wymagająca. Na razie tylko siano i buraki. Czekamy na więcej zielonej trawy. Po tych deszczach pewnie będzie już wysoka (trawa). Będzie co "kosić"



 Chwile z deszczu wyłapane. 

W deszczową pogodę też wychodzimy na spacery. Delikatna mżawka to nie wymówka dla złapania świeżego powietrza.



Doczekaliśmy się jajka od przepiórki.

Pierwsze w tym sezonie jajko od przepiórki, która niesie tylko parę miesięcy w roku. Nie chce się nam pakować im paszy. Może gdyby była to hodowla zarobkowa. A to czyste hobby.

Za to gęś niespodziewanie przestała znosić i zeszła z gniazda. Nic nowego, pewnie pogoda się jej nie spodobała. 




Zapraszam na mojego Instagrama: pamietnikizewsi

Wiosenna Jajecznica z Gęsich Jaj

 


Jaja gęsie zwykle są dwa raz większe od kurzych.

Znoszą je gęsi domowe szare, łabędzionose , białoczelne lub kanadyjskie.  Skorupka jaj gęsich  jest wyjątkowo twarda i ciężka do rozbicia. 

Nasze gęsi szare niosą jajka tylko od marca do maja. Nie wiem jak jest z innymi gatunkami?

Jajko od gęsi najprościej zdobyć na targu, czy od znajomego rolnika. W sklepie na próżno ich szukać. Zapewne też gdyby były dostępne w markecie, to ich wartości mogły być dyskusyjne. 



Smak jaj gęsich jest zupełnie inny od kurzych.

Są one o wiele bardziej tłuste i odżywcze. Ma się wrażenie, jakby się jadło tylko samo żółtko. Nie każdemu będzie to odpowiadać. 

Trudno jest zjeść całe gęsie jajo. Z jednego  wychodzi syta jajecznica nawet dla dwóch osób. To idealna propozycja na obfite śniadanie, które ma nas odżywić na cały prawie dzień. 




Do wykonania jajecznicy polecam użyć Oliwy z oliwek 

Smażona na maśle może być jeszcze bardziej tłusta. Zielony szczypiorek nada jej lekkości i aromatu.

Jeśli nie mamy szczypiorku, może też być seler naciowy lub inna zielenina. Świetnie nadaje się też Bluszczyk kurdybanek, którego bez trudu można znaleźć o tej porze w dzikich ogródkach. 



Jako dodatki mogą też być: zielona sałata (najlepiej z własnej uprawy) , rzodkiewka (lub kiełki rzodkiewki). Polecam również z solidną łyżką dobrego tartego chrzanu. 

Zdrowy i smaczny posiłek prosto od Natury. 


Wartości odżywcze jaj gęsich

Jaja gęsie stanowią doskonałe źródło białka oraz tłuszczów. Procentowo wygląda to prawie pół na pół: biało/tłuszcz. Natomiast węglowodanów mają nie wiele, bo tylko około 5 % zawartości. Jaja te są też wyjątkowo obfite w cholesterol  (nie jest on jednak tak szkodliwy jak powszechnie głosi konwencjonalna nauka o żywieniu).

Jeśli chodzi o witaminy to najwięcej mają z grupy B (najwięcej B12), jest też wit. A  oraz  D. Minerały, jakie można znaleźć w jajkach to m.in. Żelazo, Wapń, Cynk, Fosfor, Magnez i inne.


5 Faktów o życiu na wsi, o których nie macie pojęcia

 

Musicie wiedzieć, że mój blog nie służy wcale idealizowaniu życia na wsi. Prawda jest taka, że staram się tu wrzucać ładne fotki,  wiele z nich po obejrzeniu na komputerze zostaje odrzuconych.

Nie chce kogoś urazić, czy wywołać obrzydzenie, są jednak sprawy o których możecie nie wiedzieć. 

Prawda jest taka, że życie na wsi to nie jest sielanka. Pomimo tego, że na Instagramie można odnaleźć fotki ze wsi pod hasztagiem #slowlife.  W ten sposób reklamuje się agroturystykę, która ma być wypoczynkiem dla mieszczucha. 

Zwykłe życie na wsi potrafi dać w kość. Doznać można skrajnych uczuć:  Od zachwytu, ekscytacji np. kiedy widzimy stado dzikich kaczek, albo sarny tuż za domem. Po uczucie bezsilności i niezłego wkurzenia, kiedy znowu musisz wydać na węgiel, bo zima nie ma końca. Truskawki zarosły tak chwastem, że chce się tylko płakać, albo po prostu trzeba to zaorać. Na kaprysy pogody nie mamy wpływu. 


1. Na wsi może być brudno. Tym faktem mogą być zszokowane osoby z miasta. Oczywiście są nowoczesne gospodarstwa, ale nie łudźcie się nawet, że zwierzaki nie wydalają z siebie kału i moczu. Kury wprawdzie mogą być zamknięte, a te co sobie biegają wcale nie patrzą gdzie robią kupę. To ty drogi człowieku masz uważać, jak chcesz mieć czyste buty. I oczywiście złośliwe gołębie, które lubią sobie przysiadać na parapetach domu. 

2. Powietrze wcale może nie być czyste i świeże. Wiele domów nadal ogrzewanych jest węglem. Czasami jadę zimą przez sąsiednie wsie, a tam czarny dym. Ludzie na wsi nadal nie mają świadomości czym jest ekologia. Liczy się tylko oszczędność, palą czasami byle czym. Nikt nikogo nie doniesie, bo to jest sąsiedzka solidarność. Pisząc to ma na myśli pewne, zapadłe wioski i nie twierdzę, że wszędzie jest tak samo.

Zupełnie inna sprawa, to zapach obornika od wiosny do jesieni. Często, nawet w środku wsi rolnik ma stajnie i niestety nawet mieszkańcy okolicznych domów nie mogą nic z tym zrobić. Obecnie takie hodowle w Polsce nadal są legalne. 

Wiem też, że np. we Włoszech, czy w Niemczech budynki gospodarcze były budowane poza wsią i rolnik dojeżdżał sobie tam jak do swojej pracy. To chyba świadczy, jak zacofanym narodem nadal jesteśmy. Oczywiście nowoczesne chlewnie buduje się w oddaleniu domostw. Co też nie znaczy, że zapachy nie docierają parę km dalej od chlewni. 



3. Kobiety chodzą do stajni. Kolejny zaskakujący fakt, to damy które potrafią na niedzielnej mszy zadać szyku nie gorzej niż Paryżanki. Nieważne, że styl prosto z targu. Tu nikt się tego nie wstydzi. W dużych gospodarstwach pracują wszyscy solidarnie. Jak trzeba to kobieta obsługuje dojarkę, czy maszyny rolnicze. Chodzenie do kur to jest nic w porównaniu np. do kastrowania świń. Osobiście znam takie Panie, które dają swoim prosiętom zastrzyki i robią inne rzeczy. 

4. Czasami noce są bezsenne. Lato, wakacje na wsi, słodkie lenistwo? Nic podobnego, czas żniw, zbiorów to pora kiedy kombajny wracają z pracy nawet po północy. To samo dotyczy innych pór roku. Traktory mogą jeździć od wczesnej wiosny do zimy o różnych porach dnia.  Jeśli rolnik ma dużą ilość hektarów, to aby się z tym wszystkim wyrobić po prostu pracuje długo, czasami też nocami. 




5. Rolnik zawsze ma racje.  Mam tu na myśli zwłaszcza starsze pokolenia rolników, którzy mają swoje zasady co do uprawy ziemi, czy traktowania zwierząt.  Ludzie na wsi nie mają sentymentów jeśli chodzi o zwierzęta. Psy nierzadko służą tylko jako strażnicy obejścia. Nikt się nie użala np. nad kurą która kuleje itd. To jest po prostu wychowanie z pokolenia na pokolenie. Praca na wsi to twarda szkoła życia i tu nie można sobie pozwolić na uczucia. 

Całe szczęście powoli to wszystko się zmienia...Bo nic nie jest stałe na tym świecie. Młodzi rolnicy to jednak w dużej mierze osoby wykształcone, z bardziej nowoczesnym podejściem do życia. 


Co sadzimy w marcu?




Dni coraz dłuższe, więcej słońca, cieplejsza pogoda. 

To zdecydowanie zachęca do upraw w ziemi. W tym roku niestety mniej sadzenia, gdyż zdecydowałam się na kupno gotowych sadzonek od znajomego rolnika. Cena za krzak pomidora, który ma już zawiązane kwiaty to 1,50 zł (w roku ubiegłym, nie wiem jak będzie teraz?)

Nauczona doświadczeniem lat poprzednich widzę, że szkoda mi tej całej pracy przy tym. Podlewania, przesadzania, pikowania. A często i tak się coś nie udaje. Uważam, że nie sztuka się napracować. Trzeba to robić mądrze, aby był efekt z nakładem pracy minimalnej. W końcu to ogrodnictwo hobbystyczne, a nie profesjonalna uprawa. 

Nie mamy z tego nic, poza własną satysfakcją. Czasami coś się udaje, a czasami nie, jak to na roli. Nie mam zamiaru wkładać to też dużych pieniędzy, bo gdybym miała wydać na nawozy, środki ochrony roślin, to takie same warzywa kupić mogę w sklepie. 




Co już posiane, posadzone?

  • rzeżucha na parapecie
  • kiełki słonecznika
  • szczypiorek
  • rzodkiewka na kiełki i do skrzynek
  • bazylia na liście zielone w doniczki
  • czosnek na zielone pędy
  • cebula na szczypior


Stawiam na pewniaki

Zdecydowałam się na uprawę nowalijek, które nie wymagają dużo pracy, ani też idealnych temperatur. Pogoda ostatnio jest nieprzewidywalna, co chwilę zapowiadają powrót zimy, a nasz tunel niestety nie jest podgrzewany. 

Wole mieć kontrolę nad małą ilością rozsad i nowalijek, niż panikować, że coś mi przemarznie. Tak jak w roku ubiegłym, połowa pomidorów przemarzła w kwietniu, a te co zostały były osłabione. Stawiam na uprawy pewne i łatwe w pielęgnacji. 

Poza tym mam w tunelu seler z roku ubiegłego, który całkiem nieźle przezimował. 


Nasze uprawy na bieżąco pokazuje na moim: instagram.com/pamietnikizewsi/


Międzygatunkowe przyjaźnie (i konflikty)

Świat zwierząt gospodarskich potrafi być zaskakujący. Obserwuje jak zwierzaki z jednego gatunku potrafią się nie lubić. Za to zupełnie inne gatunkowo zawierają przyjaźń na całe życie. Nikogo nie dziwi rywalizacja pomiędzy samcami. Za to wzajemna niechęć samic z tego samego stadka zadziwia. Czyżby były zazdrosne jak to my kobiety?


Królik i koza mogą być dobrymi przyjaciółmi



Ta samiczka woli towarzystwo kozy niż przebywanie z innymi królami. Kiedy przebywała w tamtym stadzie nieustannie z niego uciekała. Mieszkając z kozą zgodnie dzielą się pokarmem. Ich jadłospis jest prawie identyczny. Lubią siano, buraki, marchew i jabłka. Latem świeżą trawę. 


Koza i królik lubią się nawzajem ogrzewać w chłodniejsze noce. 




W stadzie indyków przywódca jest tylko jeden



Indycze stadko zazwyczaj trzyma się razem. Samice nie oddalają się zbyt daleko same. Charakterystyczne gulgotanie to ich sposób na rozmowę. Nawet człowiek może sobie z nimi w ten sposób porozmawiać. Reagują na każde słowo swoim GUL-GUL-GUL. Wygląda to tak, jakby rozumiały co się do nich mówi. Kiedy mówię, aby zapozowały ustawiają się w taki oto sposób. Samiec indor dumnie prezentuje swoje piękne upierzenie.




 Za indorem chodzą samice, on jest przewodnikiem stada. Drugi Indor musi się trzymać z daleka, inaczej czeka go walka. Przyjaźń między dwoma samcami na jednym podwórku prawie nigdy nie jest możliwa. Co najwyżej pobłażliwość ze szczyptą tolerancji. 






Kury przyjaciółki na całe życie




Kury żyjące w jednym stadzie rozpoznają się nawzajem. Prowadzą rozmowy, potrafią wyrażać "uczucia". Informują się wzajemnie o zagrożeniu. Jeśli mają w stadzie koguta on jest ich przewodnikiem. Znajduje dla nich smakołyki i prowadzi całe stadko na spacery. Na grzędzie każda kura ma swoje miejsce. 

Potyczki między kogutami to częsty widok. Walczą o przywództwo, o sympatię kur, o teren. Pokonany zwykle ustępuje miejsca, ale zawłaszcza sobie niektóre samice. Nasze czarne stadko chodzi sobie bez koguta, ale zawsze trzymają się razem lub chodzą dwójkami. 


Rosół z młodego gołębia, na odporność, dla dziecka i nie tylko

 


Dziś rozpoczynam nową serię postów na blogu pamietnikizewsi.pl. Będą to wpisy o naszej tradycyjnej kuchni. Pokaże potrawy, które gotuje od bardzo dawna i nam smakują. Może nie będą to wyszukane rarytasy,  raczej kuchnia regionalna.

Nie będą to dania wegetariańskie. Mieszkając na wsi często korzystam z tego, co samo urośnie lub biega po podwórku. Czasami zdarza się tak, że nie mam możliwości zrobienia zakupów, więc korzystamy z tego co jest. 

 Uważam, że każdy ma prawo wybierać to co mu służy. Będąc mamą nie mogę sobie pozwolić na serwowanie dziecku np. kotletów sojowych. Zresztą afery odnośnie wegetarian, którzy zagłodzili dziecko na swojej diecie mówią same za siebie. 



Do przygotowania wspaniałego rosołu będziemy potrzebować:

  • 2 małe tuszki młodego gołębia 
  • 3 średniej wielkości marchewki wiejskie
  • 1 średnia cebula
  • kilka ząbków czosnku
  • Liść laurowy, ziele angielskie (można pominąć) 
  • sól do smaku
  • Korzeń selera lub świeże liście selera/pietruszka/koperek
  • 3-4 litry wody
Rosół z gołębia gotuje na wolnych ogniu przez około 1 godzinę. Jest to bardzo delikatne mięso, więc długie gotowanie spowodowałoby by jego rozpadnięcie. Taki czas w zupełności wystarcza, aby wywar osiągnął pożądane wartości smakowe i zdrowotne. 




Jakie właściwości posiada Rosół z gołębia?


Jak każdy rosół może być źródłem białka, kolagenu, minerałów i witamin. Mięso jest źródłem cynku, który jest bardzo potrzebny przy chorobach przeziębieniowych. 

Dlaczego jest wyjątkowy? Posiada delikatny smak, którego nie sposób porównać do niczego innego.  Nie jest to ciężkostrawny rosół, nie znajdziemy w nim wielu tłustych oczek. Będzie idealny dla osób z wrażliwych układem trawiennym. Podając do rosołu np. kaszę jaglaną zyskamy dodatkowe właściwości lecznicze np. przy kaszlu i zaflegmieniu. 


Smacznego

Mięso obrane z ugotowanej tuszki jest mięciutkie i łatwe do zjedzenia nawet przez małe dziecko. 

Młody gołąb to z pewnością nie jest towar łatwo dostępny. Nie kupicie w markecie, nie polecam też od hodowców gołębi pocztowych. Tylko od zaufanego rolnika. 




Marcowe zwierzaki przyłapane



Przedwiośnie, dni coraz dłuższe, zwierzęta czują nadchodzącą wiosnę. Zmienia się ich zachowanie, nawyki, robią się bardziej aktywne. Obserwowanie ich sprawia mnóstwo przyjemności. To takie Tu i Teraz, prawdziwy relaks i oderwanie od rzeczywistości. 

Mieszkając na wsi widzę, jak zachowanie zwierząt potrafi zmieniać się w zależności od pory roku, czy nawet pogody. 

W lutym, podczas mrozów kury nie wychodziły zbyt chętnie na spacery. Zmrożona ziemia przykryta śniegiem nie zapraszała do poszukiwań. Obecnie coraz chętniej wybierają się na długie wyprawy w poszukiwaniu smakołyków. 

Podobnie jak i kury, koty też czują wiosnę. Wygrzewają się na słońcu i coraz więcej wspinają się na drzewa. Kotek - Psotek lubi bawić się gałązkami i  suchymi liśćmi. Dla niego zabawa nie ma granic. W końcu to młody jeszcze kot, który skory jest do psot. Interesuje się też coraz bardziej ptaszkami na drzewie. Niech się mają na baczności przed tym spryciarzem. 




Wiosna, czas na zaloty...


Zwierzęta czują moc natury.  Uruchamia się w nich więcej romantyzmu, a może po prostu to zwykły pęd do przedłużania gatunku? 
 
Kogut z Kurą wyszedł na randkę. Mają cały dzień na zbieranie najlepszych skarbów, wprost z samej ziemi, która już obudziła się do życia. Popołudniami zapach w sadzie robi się cudowny. W powietrzu ewidentnie czuć wiosnę. Chce się żyć. 



Pierwsza jej wiosna


Młoda koziczka wychodzi na swoje pierwsze spacery. To będzie jej wyjątkowa wiosna, jak cudnie poznawać wszystko po raz pierwszy. Każda gałązka jest atrakcją, a młode kępki trawy okazują się wyszukanym rarytasem. Przyjdzie i czas na porzucenie mleczka, bo zielenina coraz bardziej atrakcyjna. 



Krowy wyglądają z obory


Młoda krówka, zwana też cielęciem z ciekawością wyjrzała ze stajenki. Ciepłe promienie słońca skutecznie ją zachęciły. Coś by skubnęła trawy, bo to suche siano już się nieco znudziło. Rośnie sobie w beztrosce ta mleczka krówka, by kiedyś służyć z pożytkiem nam ludziom. 


 Wsi spokojna

Takie to oto kadry udało się uchwycić w ostatnich dniach. Pierwsze dni marca przynoszą nadzieję na wiosnę. Słońce coraz cieplejsze, przyroda budzi się do życia. Zwierzaki też to czują i stają się coraz bardziej radosne, ku naszej pociesze, a nam udziela się trochę tej ich ciekawości świata. 



Lutowe migawki, co słychać na wsi?

 



Blog czy Instagram?

Ostatnio myślę, że prowadzenie bloga o życiu na wsi jest pracą zajmującą, ale też niewdzięczną. O wiele łatwiej idzie mi prowadzenie profilu na Instagram: pamietnikizewsi. Wszystko można zrobić szybko, bezpośrednio z telefonu, bez większego wysiłku. Zainteresowanie na IG też jest o niebo lepsze niż Tutaj. 

 A jednak do pisania na blogu trzeba usiąść, zastanowić się co pisać i jeszcze obrobić zdjęcia. Czy to znak czasów, czy naturalna kolej rzeczy, że wybieramy łatwiejsze rozwiązania? Odpowiedzcie sobie sami. 


Co u nas słychać?


Do połowy lutego mieliśmy solidną zimę. Dała się ona we znaki także naszym zwierzętom. Kury znosiły mniej jajek niż zwykle. Szukały każdej okazji, aby łapać promienie słońca. 

Podczas dużych mrozów nie wychodziły nawet z kurnika. Mało kto chyba wie o tym, że kura aby wytworzyć zdrowe jaja też potrzebuje witaminy D. Kupując jaja z fermy, gdzie kury nie wychodzą na powietrze, nie ma praktycznie szans, aby w tym jajkach była wit. D.  Za to są inne chemiczne substancje, którymi karmi się kury. 



Koza za to coraz bardziej spragniona zieleniny. Dostaje siano, buraki, marchew, jabłka. Mimo to chętnie by coś zielonego skubnęła. W tunelu znalazła przemrożony jarmuż. Nie długo będzie można sadzić nowe warzywa pod tunel, nie mogę się doczekać. 



Stare sanki


W stodole odnaleźliśmy skarb, stare wiekowe sanie z lat 80-tych. Trwałe, solidne, posłużą jeszcze nie jeden sezon. Szkoda, że obecnie już nie produkuje się takich mocnych przedmiotów, które służyłyby przez pokolenia. Jedyne, co można zrobić, to nie kupować tych plastikowych sanek co sezon. Wiem jednak, że wiele osób wybierze wygodę i niską cenę. 



Lutowa odwilż


Luty dobiega ku końcowi. Coraz mniej śniegu, który zamienia się w wodę. Mieszkając nad rzeką z niepokojem śledzimy prognozę pogody. Nie wiemy jeszcze, czy w tym roku posadzimy warzywa? Może być tak, że rzeka zawłaszczy sobie naszą działkę i będziemy zdani na warzywa z targu. Pod tunel niestety mamy mało miejsca, więc nie wiele można posadzić.  




Mimo wszystko z nadzieją czekamy na wiosnę. 

Do zobaczenia na profilu Instagram: @pamietnikizewsi


Zalety małego gospodarstwa rolnego


 

Małe gospodarstwo rolne może być przekleństwem lub spełnieniem marzeń. Wszystko zależy od naszego podejścia do sprawy. Oczywiście, że nawet małe gospodarstwo zabiera nasz czas i jeśli są zwierzęta, to nawet nie można spokojnie wyjechać na wakacje, bo trzeba ich dopilnować.

Dziś jednak chciałabym opisać Wam zalety małego gospodarstwa oraz dać wskazówki, co jeszcze może nam przynieść dobrego takie gospodarstwo. 


Ubezpieczenie społeczne i zdrowotne 


Niskie składki ubezpieczenia w KRUS są tym, co zdecydowanie przemawia za posiadaniem ziemi. Aby podlegać obowiązkowemu ubezpieczeniu wystarczy już jeden hektar ziemi. Pod uwagę jest brany hektar przeliczeniowy. Posiadając poniżej jednego hektara możemy ubiegać się o dobrowolne ubezpieczenie.

Obecnie składka od jednej osoby ubezpieczonej na roli wynosi 417 zł na kwartał. Miesięcznie wychodzi naprawdę niska kwota. Warunkiem płacenia tak niskiej składki jest mała ilość posiadanych hektarów, gdyż wtedy część składki, a konkretnie ubezpieczenie zdrowotne opłaca za nas Państwo. 

Rolnicy, którzy posiadają dużą ilość ziemi płacą pełną składkę KRUS, ale też mają możliwość rozliczania się w Urzędzie Skarbowym, tak jak przedsiębiorcy. Prowadzą księgi, gdzie zapisują przychody i wydatki. Mogą więc uzyskać zwrot w przypadku poniesionej straty. 



Mniejsza odpowiedzialność, mało pracy?


Posiadając małe gospodarstwo nie musimy się tak stresować, gdy coś pójdzie nie tak. Kiedy hodujemy zwierzęta nie do sprzedaży, to w przypadku ich straty możemy co najwyżej mieć dołek psychiczny. Nie mamy potrzeby ubezpieczania wszystkiego, wystarczy tylko budynki na wypadek pożaru czy zalania. 

Przy małym gospodarstwie można sobie dorabiać na umowę o dzieło, zlecenia, a ubezpieczenie możemy zachować w KRUS. Wielu pracodawcom taka sytuacja odpowiada, bowiem koszty ZUS są przeogromne. Unikamy tym samym też tzw. czarnej strefy, a płacone składki po latach uprawniają nas do ubiegania się o rentę z powodu choroby, bądź emeryturę. 


Zdrowsze jedzenie: warzywa, jajka, drób na obiad

Małe gospodarstwo daje nam szansę, aby nieco zdrowiej się odżywiać. Jaja od swoich kurek są  nieporównywalnie lepsze, nie tylko smakowo, ale przede wszystkim mają wartości odżywcze. 

Drób z tzw. wolnego wybiegu potrafi kosztować majątek. Ptaki można hodować praktycznie na byle czym (kukurydza, owies itp), a ich mięso będzie stanowić dla nas pełnowartościowe pożywienie. 


Niezależność od Unijnych przepisów 

Pisałam już kiedyś, że rolnicy posiadający dużą ilość ziemi to obecnie biznesmeni, prowadzący przedsiębiorstwa. Mając małe gospodarstwo jesteśmy w pewnym sensie niezależni. Nie musimy wycisnąć z ziemi ile się tylko da. 

 Nie ma potrzeby stosować w ogóle środków ochrony roślin (czyli całej tej chemii), bądź stosujemy ekologiczne rozwiązania (np. gnojówkę z pokrzyw, oprysk z szarego mydła). Jeśli uprawa nam nie wyjdzie, to nie będziemy tak stratni. Duży rolnik nie może sobie na to pozwolić, jego firma musi dać zyski. Inaczej pójdzie na dno, nie spłaci kredytów, straci ziemie i sprzęt nierzadko brany na kredyt. 



Prowadzenie Agroturystyki, czy Zagrody Edukacyjnej dla rodzin


Ostatnio coraz bardziej modne stają się tzw. Zagrody edukacyjne gdzie hoduje się zwierzęta tylko na pokaz. Kozy, owce, króliki, rozmaite gatunki kur czy kaczek stanowią nie tylko atrakcję dla dzieci. Do hipoterapii wystarczy nawet kuc szetlandzki. Z pewnością kontakt ze zwierzętami może stanowić dla wielu osób niezłą atrakcję i posiadając nawet malutkie gospodarstwo można taki biznes otworzyć. 









Zwierzęta na wsi, szczęśliwe i wolne?


Temat zwierząt na wsi wbrew pozorom nie jest prosty. Mamy obecnie różne przepisy, regulacje, kontrole, które nie pozwalają cieszyć się w pełni spontaniczną hodowlą. Takich małych gospodarstw jest coraz mniej, ponieważ są one nie opłacalne. 

Ludzie ze wsi często decydują się na pracę zarobkową z mieście, gdyż z małego gospodarstwa nie sposób wyżyć. 

Mniejsze gospodarstwo prowadzą ludzie  starsi lub tacy, dla których coś jeszcze znaczy tradycja. Ptaki domowe hodujemy tylko na własny użytek, w celach konsumpcji, dla jaj, czy też dla przyjemności obcowania z nimi. 




Dla  pewnych, Wyższych Instytucji (że tak to określę, a wiemy o co chodzi?) wszystko musi być zgodne z normą i przepisami.

W Polsce są rejony, gdzie kura sama po podwórku już biegać nie może, nie wspominając nawet o owcy, czy innym większym zwierzęciu. Większe zwierzęta muszą nosić kolczyki, a każde ich fizyczne przemieszczenie ma być zgłaszane.  Jeśli ktoś chciał sprzedawać jaja od kur, to trzeba było nabijać na nich specjalne kody. Nie wiem jednak, czy przepis ten nadal obowiązuje? 


Na szczęście wiele zależy tez od władz samorządowych i dobrej woli sąsiada. Znane są historie anonimowych donosów np. z powodu nielegalnej hodowli świń. Rządzi tu jednak typowa, sąsiedzka "troska".

 Obecnie hodowla świnki "na własnych użytek" jest niemożliwa, jeśli wszystko nie odbywa się zgodnie z przepisami. Taka sytuacja była nie do pomyślenia jeszcze 10 lat temu. A Po co to wszystko jest, można się tylko domyślić?




Oczywiście zdarzają się również niespodziewane kontrole Inspekcji weterynaryjnej.  Bądźmy szczerzy, aby kontrola była skuteczna, musi też znaleźć się świadek na zaistniałą nieprawidłowość, czy też wykroczenie. 

Rozumiem sytuacje, kiedy zwierzęta są utrzymywane w złych warunkach, to zupełnie inna sprawa. Tu wtedy pomoc jest naprawdę potrzebna. Co innego jednak to ściganie rolnika za to tylko,  że jego kura chodzi na wolności, czyż nie?



Póki co cieszymy się tym co mamy, a nasze zwierzęta traktujemy z szacunkiem, starając się aby żyły w miarę "na wolności". 

Mam też wielką nadzieję, że przemysłowe hodowle w końcu zostaną mocno ograniczone, bo nie jest to zdrowe ani dla ludzi, ani dla środowiska naturalnego. Aby  doszło  to do skutku, potrzeba naprawdę dużego przeorganizowania systemu w jakim obecnie żyjemy. Trzeba jednak wierzyć, że nawet duża zmiana możliwa jest od jednostki. 


Plany na luty?

 


Początek lutego, wcale nie przedwiośnie;

Przyzwyczailiśmy się już do lekkich zim i oczekiwanie na oznaki wiosny bywa zgubne. W lutym ziemia nadal odpoczywa, choć co bardziej szaleni rolnicy Unijni (właściciele wielkich gospodarstw) potrafią orać w polu nawet teraz. Wszak kto nie zdążył, bo ma duże gospodarstwo, to jakoś musi sobie radzić. Nie jest to zupełnie zgodne z naturą  i w perspektywie czasu potrafi się zemścić. 


Prace przy-domowe:

Ostatnie roztopy skutecznie zniechęcają do prac polowych. Chyba lepiej skupić się na pracach przy-domowych. Na podwórku zawsze jest coś do roboty. Można remontować podupadającą drewnianą stajenkę, wymienić rynny, wysprzątać obejście zwierzakom. Oczywiście to prace typowo męskie, ja mogę co najwyżej doradzać. 


Na wsi nigdy nie ma nudy

W lutym można już myśleć o kolejnym sezonie w polu.  Rolnicy, który zamierzają siać wiosną zboża, powinni zacząć je oczyszczać przy pomocy Młynka. Co to za urządzenie? Postaram się kiedyś zrobić mu zdjęcie, bo wygląda naprawdę interesująco. Jest to metoda czasochłonna i bardziej nowocześni  rolnicy korzystają już z zaawansowanych technologicznie urządzeń. 


Sprawy urzędowe:

Ronicy, którzy posiadają większą ilość ziemi, ustawiają się w banku w kolejce po kredyt nawozowy. Luty to dobry czas, aby zaplanować kolejny rok upraw. Obecne uprawy wiążą się niestety z zastosowaniem ogromnej ilości środków chemicznych. Rolnik, aby się utrzymać na poziomie musi kalkulować przypuszczalne zyski, ale i straty.  Ubezpieczenie pola to norma, bowiem w rolnictwie nic nigdy nie jest pewne.


Jesteśmy zależni od kaprysów natury;

Niestety mieszkam na takim terenie, że często nawiedzają nas lokalne podtopienia, wiąże się to ze stratami. Oczywiście można się ubezpieczyć od zalania, czy od suszy, lecz do tak małej uprawy nie warto jeszcze dokładać. Obecnie rolnictwo to trochę jak gra w ruletkę, albo się coś uda, albo nie.

Bywają  też lata suche, kiedy w studni poziom wody niebezpiecznie opada. Wszystkiemu winna jest nadmierna ingerencja człowieka. O ekologii można by mówić wiele.  Na wsi w której mieszkam o ekologii nie wie się prawie nic. A później pretensje do natury, że szaleje...Mam nadzieję, że z czasem się to zmieni.


Co sadzimy w lutym?

W drugiej połowie lutego zapewne pomyślę o wysadzeniu ząbków czosnku w pole. Rozglądam się też za skrzynkami do wysiewu nowalijek. W sklepach ogrodniczych już można nabyć nasiona rzodkiewki, szczypiorku, sałat.  Na takie wysiewy zdecydowanie zbyt wcześnie.  Póki co korzystamy z zapasów ze spiżarni. Choć przyznam się, że kupiłam wczoraj pomidorki Sycylijskie w markecie. 


Malowana wieś, zimową porą



Pierwsza relacja z mini wycieczki do Zalipia:

Zwiedzanie znajomej okolicy może być równie pasjonujące, co wyjazd w dłuższą trasę. Ta malowana wieś zachwyca niezależnie od tego, ile razy bym jej nie odwiedziła. Również zimowy krajobraz sprawia, że na wszystko mogę spojrzeć inaczej. 

Zapraszam na kadry z zimowego Zalipia, pięknej malowanej wsi w Małopolsce. 


Zalipie to nie tylko malowane domy?

Zaskoczeni? Ta wieś jest naprawdę rozległa. Kiedy ktoś chce ją przemierzyć pieszo,  radziłabym założyć dobre buty i  może nie starczyć dnia na obejrzenie wszystkiego. Niezliczone skrzyżowania, wąskie dróżki prowadzące donikąd, to wszystko sprawia, ze bez dobrej nawigacji można tu łatwo się zgubić. 

Za każdym razem będąc w Zalipiu  odkrywam jakieś nowe miejsca. Tak jak te stare, opuszczone gospodarstwa. Nigdy nie skręcałam w tą uliczkę, która okazał się być ślepa. Zanim jednak droga się skończyła wjazdem na cudze podwórko, spotkałam takie oto stare budowle.


Nie wiem jak moi czytelnicy, ale ja uwielbiam odkrywać takie cuda z dawnych czasów. Te domy mają zapewne ponad 100 lat. Nie ugięły się jeszcze pod naporem czasu, a ludzie postanowili zachować ich oryginalny wygląd. 


W takich domach jeszcze ktoś mógłby zamieszkać. Ludzie jednak wolą wygodne, murowane zabudowania. Drewno bywa trudniejsze w obsłudze. Zwykle w takich domach można znaleźć wilgoć i spartańskie warunki do przetrwania. 


Komin świadczy o tym, że jest, albo był tam piec. Gliniany lub kaflowy. W zimie w piecu trzeba było zapewne solidnie napalić. Ludzie zwykle na opał używali drzewa z własnej działki. Opał trzeba było przygotowywać już latem, aby zimą zapewnić sobie przetrwanie. Na wsi nawet kobiety zajmowały się obróbką drewna oraz noszeniem go do pieca. 


Zdarza się, że takie domy są kupowane i remontowane. Rzadko kiedy zachowuje się ich pierwotny wygląd. Osoby, które takie domy remontują twierdzą, że koszt remontu jest równy wybudowaniu nowego domu. Teraz chyba jasne, dlaczego ludzie wolą nowe budownictwo. Mniej z tym kłopotu, a efekt końcowy bywa do przewidzenia. 

Postęp wiąże się z tym, że takich domów będzie coraz mniej. 




Kolorowe Zalipie zimą


Pięknie odrestaurowane domy cieszą oko nie jednego turysty z Polski i  zza granicy. Zimową porą zdecydowanie jest mniej przyjezdnych, przez pewien czas nawet wstęp do środka obiektu był zamknięty. Na bramie kłódka,  z powodów pandemicznych nie było zwiedzania. Stąd też zdjęcia udało się zrobić tylko przejazdem. 


Zagroda Felicji Curyłowej


Poniżej słynna zagroda Felicji Curyłowej, lokalnej malarki, która żyła w latach 1904-1974. Sam dom jak i zabudowania gospodarcze przeszły gruntowny remont w latach 2017-2018. Obecnie także wnętrze zachwyca bogactwem barw i kolorów.


Wieś Zalipie odkryto w latach międzywojennych, ale prawdziwą sławę zyskało za sprawą twórczości Felicji Curyłowej. Od 1948 roku zaczęto organizować tu konkursy malarskie, w których oceniano zarówno prace malarskie na papierze, jak  też malowane chaty i całe zabudowania gospodarskie. 

W konkursach brały udział nie tylko malarki z Zalipia, ale i z okolicznych miejscowości. Jednak dopiero od roku 1976, po śmierci Curyłowej, zaczęto promować również malowane chaty i zabudowania z sąsiednich miejscowości. 

Z biegiem czasu malarstwo na Powiślu znacznie się rozwinęło. W latach 90-tych XX wieku, można jeszcze było spotkać w okolicznych wsiach wiele malowanych domów, zabudowań, studni, piwnic itp. Niestety z czasem sztuka ta ograniczyła się tylko do Zalipia.



Historia Zalipia rozpoczęła się od roku 1905, kiedy to zupełnie przypadkiem odkrył je pewien mieszkaniec Krakowa. Będący u niego na służbie wiejski chłopiec powiesił nad łóżkiem malowaną makatkę, którą przywiózł ze swoje wsi. Malunki te tak zachwyciły mieszczanina, że odwiedził Zalipie osobiście i tak to się zaczęła jego sława...