Malowana wieś, zimową porą



Pierwsza relacja z mini wycieczki do Zalipia:

Zwiedzanie znajomej okolicy może być równie pasjonujące, co wyjazd w dłuższą trasę. Ta malowana wieś zachwyca niezależnie od tego, ile razy bym jej nie odwiedziła. Również zimowy krajobraz sprawia, że na wszystko mogę spojrzeć inaczej. 

Zapraszam na kadry z zimowego Zalipia, pięknej malowanej wsi w Małopolsce. 


Zalipie to nie tylko malowane domy?

Zaskoczeni? Ta wieś jest naprawdę rozległa. Kiedy ktoś chce ją przemierzyć pieszo,  radziłabym założyć dobre buty i  może nie starczyć dnia na obejrzenie wszystkiego. Niezliczone skrzyżowania, wąskie dróżki prowadzące donikąd, to wszystko sprawia, ze bez dobrej nawigacji można tu łatwo się zgubić. 

Za każdym razem będąc w Zalipiu  odkrywam jakieś nowe miejsca. Tak jak te stare, opuszczone gospodarstwa. Nigdy nie skręcałam w tą uliczkę, która okazał się być ślepa. Zanim jednak droga się skończyła wjazdem na cudze podwórko, spotkałam takie oto stare budowle.


Nie wiem jak moi czytelnicy, ale ja uwielbiam odkrywać takie cuda z dawnych czasów. Te domy mają zapewne ponad 100 lat. Nie ugięły się jeszcze pod naporem czasu, a ludzie postanowili zachować ich oryginalny wygląd. 


W takich domach jeszcze ktoś mógłby zamieszkać. Ludzie jednak wolą wygodne, murowane zabudowania. Drewno bywa trudniejsze w obsłudze. Zwykle w takich domach można znaleźć wilgoć i spartańskie warunki do przetrwania. 


Komin świadczy o tym, że jest, albo był tam piec. Gliniany lub kaflowy. W zimie w piecu trzeba było zapewne solidnie napalić. Ludzie zwykle na opał używali drzewa z własnej działki. Opał trzeba było przygotowywać już latem, aby zimą zapewnić sobie przetrwanie. Na wsi nawet kobiety zajmowały się obróbką drewna oraz noszeniem go do pieca. 


Zdarza się, że takie domy są kupowane i remontowane. Rzadko kiedy zachowuje się ich pierwotny wygląd. Osoby, które takie domy remontują twierdzą, że koszt remontu jest równy wybudowaniu nowego domu. Teraz chyba jasne, dlaczego ludzie wolą nowe budownictwo. Mniej z tym kłopotu, a efekt końcowy bywa do przewidzenia. 

Postęp wiąże się z tym, że takich domów będzie coraz mniej. 




Kolorowe Zalipie zimą


Pięknie odrestaurowane domy cieszą oko nie jednego turysty z Polski i  zza granicy. Zimową porą zdecydowanie jest mniej przyjezdnych, przez pewien czas nawet wstęp do środka obiektu był zamknięty. Na bramie kłódka,  z powodów pandemicznych nie było zwiedzania. Stąd też zdjęcia udało się zrobić tylko przejazdem. 


Zagroda Felicji Curyłowej


Poniżej słynna zagroda Felicji Curyłowej, lokalnej malarki, która żyła w latach 1904-1974. Sam dom jak i zabudowania gospodarcze przeszły gruntowny remont w latach 2017-2018. Obecnie także wnętrze zachwyca bogactwem barw i kolorów.


Wieś Zalipie odkryto w latach międzywojennych, ale prawdziwą sławę zyskało za sprawą twórczości Felicji Curyłowej. Od 1948 roku zaczęto organizować tu konkursy malarskie, w których oceniano zarówno prace malarskie na papierze, jak  też malowane chaty i całe zabudowania gospodarskie. 

W konkursach brały udział nie tylko malarki z Zalipia, ale i z okolicznych miejscowości. Jednak dopiero od roku 1976, po śmierci Curyłowej, zaczęto promować również malowane chaty i zabudowania z sąsiednich miejscowości. 

Z biegiem czasu malarstwo na Powiślu znacznie się rozwinęło. W latach 90-tych XX wieku, można jeszcze było spotkać w okolicznych wsiach wiele malowanych domów, zabudowań, studni, piwnic itp. Niestety z czasem sztuka ta ograniczyła się tylko do Zalipia.



Historia Zalipia rozpoczęła się od roku 1905, kiedy to zupełnie przypadkiem odkrył je pewien mieszkaniec Krakowa. Będący u niego na służbie wiejski chłopiec powiesił nad łóżkiem malowaną makatkę, którą przywiózł ze swoje wsi. Malunki te tak zachwyciły mieszczanina, że odwiedził Zalipie osobiście i tak to się zaczęła jego sława...


Zimowo na wsi cz.1


Zima, zima, zima...

Nareszcie mamy prawdziwą zimę. Tak jak powinno być w styczniu: mroźnie, rześko i słonecznie. Duża szansa, że wszelkie paskudztwa zostaną wymrożone i dzięki temu będziemy czuć się zdrowiej. 

Pierwsza połowa stycznia nieco uśpiła naszą czujność, nie mniej śniegowce czekały sobie grzecznie w szafie i w końcu się doczekały:

Boso po śniegu?

Jak wiecie,  bieganie boso na śniegu to już sport narodowy Polaków. Takie praktyki stosuje od lat, ale zazwyczaj robię krótkie serie hartowania.  Zdecydowanie bardziej wolę na stopach mieć ciepłe, wełniane śniegowce.  A komu zimno w stopy zimą, polecam kąpiel w gorącej wodzie. Wcale nie trzeba ryzykować odmrożeniem stóp, aby sobie je zahartować. 


Piękna wieś, na nowo:

Zima potrafi ukazać piękno polskiej wsi. Domki nie moje, ale prawda że urocze? To raczej już skanseny, bo mieszkać w takich zimą wcale nie byłoby łatwo. Nie zawsze to co z wierzchu wygląda uroczo, okazuje się być wygodnym w praktyce. 


Takie domy są już tylko atrakcją turystyczną, nikt w nich nie mieszka:


Zimowe trudności:

Zaśnieżone drogi zimą to częsty widok, zwłaszcza w mniejszym wioskach. Na szczęście solidne zimowe opony dają radę. A jak nie, to i  wyjąć łańcuchy z bagażnika można. Sama na szczęście nigdy tego nie musiałam robić. 

Nie ma co, po zakupy nikt za mnie nie pojedzie zimą. Pisałam Wam w poprzednim poście, o trudach życia na wsi. W sumie to jednak wszędzie są wady i zalety. Coś za coś, jak to mówią.  Świeże powietrze i spokój, a za cenę niedogodności zimą.

Pamiętajmy jednak, że ludzie musieli żyć w dawnych czasach nawet bez samochodów i jakoś sobie radzili. Sama pamiętam opowieści  o podróżach wozem i koniem, zimową porą i to na porodówkę. I co, myślicie, że teraz jest źle na wsi?



Zimowe zwierzaki uchwycone w obiektyw:

Warto się jednak skupiać na pozytywach, a zwierzęta do takich z pewnością należą. Niektóre dadzą jajko, inne przytulą się i ogrzeją nas w zimowy wieczór. A jeszcze inne po prostu cieszą oko i miło jest z nimi czasem pobyć i porozmawiać. 






Tak oto płynie nam spokojnie ten styczeń na wsi. Cieszymy się z każdych dobrych chwil, starając się choć niektóre uchwycić w kadry na zdjęciu. 

Za co kocham wieś? Za co nienawidzę?



Przestrzeń i Wolność

Takie dwa skojarzenia najczęściej przychodzą mi do głowy podczas naszych spacerów. Można bez granic uprawiać Mindfulness. Przyroda ma na człowieka wpływ cudowny. Warunek jest jeden, trzeba umieć to doceniać. Tu i teraz. 

Medytacja na własnej łące bywa doświadczeniem niezapomnianym. Właściwie nie potrzebujesz nic, tylko wychodzisz te parę kroków za dom, a tam cudowna kraina pełna ciszy i spokoju. 

Sama obserwacja przyrody, zmieniających się pór roku bywa doświadczeniem magicznym, zmieniającym nastawienie do wielu spraw. 

Nawet w czasach pandemii człowiek nie czuję się tu tak ograniczony. W przypadku kwarantanny masz swoje  podwórko,  więc wyjście z domu jest całkiem legalne. Nie czujesz się jak zwierz w klatce krótką mówiąc. 

Spacery bez granic, świeże powietrze to zdecydowanie największe zalety wsi. 



Niezależnie od pór roku wieś może zachwycać widokami. Człowiek czuję się tu jak na właściwym miejscu.

Oczywiście nie każdy jest stworzony do życia na wsi, ale również ludzie z miasta chętnie wybierają się na wieś, jeśli mają ochotę zaznać spokoju i zmienić otoczenie na krótki czas. 


Sąsiedzi 

Jak wszędzie, zarówno w mieście jak i na wsi można mieć dobrych lub złych sąsiadów. Na wsi jest większa szansa na kontakty międzyludzkie. 

W dużym mieście często zdarzy się, że ludzie nawet po sąsiedzku zupełnie się nie znają. Są obojętni na los drugiego człowieka, widzą tylko czubek własnego nosa. 

Dobrze jest mieć na wsi dobrego sąsiada. Wtedy nie potrzebujesz kamer, ani firmy ochroniarskiej, bo dobry sąsiad dogląda twojego podwórka w trakcie dłuższego wyjazdu. Może przyjść dokarmić zwierzaki, czy nawet wyprowadzić psa na spacer. 

Poratuje w trudnej sytuacji, podpowie rozwiązanie problemów. Samo "dzień dobry" rzucone co rano przez płot bywa niezwykle miłe i dodaje otuchy. 




Utrudniona komunikacja 

Mieszkając w małej wiosce, oddalonej od miasta drogi bywają naprawdę różne. Jadąc taką drogą ma się wrażenie, że to już "koniec świata" i "wieś zapadła". Drogi są kręte, a zimą niebezpieczne. 

 Z powodu dziur na drodze o wiele łatwiej poruszać się tu rowerem, niż samochodem. Wiosną i latem jest to dobre rozwiązanie i skłania do większej ilości ruchu. Odpada więc zamartwianie się o figurę, bo i tak to spalisz dojeżdżając do sklepu 5 km. 

Zakupy częściej robi się internetowo, a wyprawa po żywność to czasami wyzwanie. Zimą drogi nie są tak odśnieżane, bo jest to dla władz samorządowych po prostu nie opłacalne. Mała ilość mieszkańców = mniejsze nakłady na utrzymanie dróg. 


Zaściankowe myślenie 

Najgorsza jest  ta mentalność starszego pokolenia. Oczywiście starsi ludzie często uważają się za nieomylnych. Nie rzadko też czerpią wiedzę tylko z telewizji, co jest złem. Nie dają młodym wolności wyboru i z tego powodu młodsze pokolenia po prostu stąd uciekają. 

Równie sprawy duchowości, religii są tutaj częstym pretekstem do sporów. Dawniej uważano to za tradycję i nikt się temu nie sprzeciwiał.  Po prostu tak miało być, bo to tradycja, nikt nie znał innego życia. A jak już, to były to tylko jednostki we wsi. 

Obecnie młodzi ludzi mają możliwość wyjazdów, dostęp do Internetu, książek itp. Mogą wybierać, jaką ścieżką pójść.  Często nie zgadzając się ze starszymi, lub po prostu nie chcąc tak żyć, uciekają do miasta. Nie znaczy to, że tam mogą być bardziej szczęśliwi. 


Zagroda Felicji Curyłowej na Zalipiu:



Chatka Baby Jagi


Opowieść o Starym domku i jego właścicielce


Domek i baba Jaga 


Gdzieś w małej wiosce, w Małopolsce jest taki domek stary, który chyli się ku ziemi.
Dach przekrzywiony, drży ze strachu przed każdym wiatrem  i śnieżycą. 

Chatka dziwną skrywa tajemnice, a właścicielka nigdy nam jej nie wyjawi. Zabrała swój sekret do grobu i nikt już nie pozna prawdy. 

Mieszkała tu starsza, samotna Pani, w ogromnych okularach. Kot był jej największym przyjacielem, od ludzi trzymała się z daleka. W stajence małej krowa sobie mieszkała i dla kota mleko oddawała. 

Za dziwadło uchodziła, dziwnym fachem się trudniła. Gdy tylko świtało, zbierała zioła, kwiaty, które suszyła później na wielkim, glinianym piecu. 

Nigdy nie wyszła za mąż, śmiech dzieci chatki nie wypełnił. W samotności mijały dni, miesiące lata. 
Z usług lekarzy nie korzystając, sama z chorób paskudnych się uzdrawiając. 


Malutki ogródek był centrum jej świata, gdzie kwiaty eksplozją kolorów wybuchały. W sadzie, oprócz owoców, dziwne zielska wyrastały, z przypadłości różnych szybko ją ratowały. 

Gdy odeszła, domek stał nadal, jakby nic się nie zmieniło. Latem zielenią podwórko się pyszniło. Ogród zarastał coraz bardziej, aż stał się zupełnie dziki. 

Winorośl domek pędami oplatała, ptaki magia przyrody przywołała.  Dzikość podwórko całe ogarnęła, w szale bez granic przyroda własność swoją zabiera...

Tak oto czas odciska piętno swoje. Znikają ludzie, domy chylą się ku upadkowi. Zostaną kiedyś ruiny, zdjęcia i parę wspomnień. Wszystko przemija, taka to natura świata. 


Kochani czytelnicy,

Ten domek zauroczył mnie dawno już.  Często robię mu zdjęcia, kiedy tylko obok przejeżdżam. Latem wygląda jeszcze bardziej magicznie, kiedy zieleń wije się wokół. 

Nie znam jego historii, więc pozwoliłam sobie stworzyć taką opowiastkę. Starocie już tak na mnie działają, że pobudzają moją wyobraźnie. 

Właściwie to wszystko można wymyślić patrząc na takie chatki. A jest ich coraz mniej, bo nowoczesne budownictwo coraz bardziej się rozrasta. 

Życie w takich domach nie było łatwe. Doceńmy wartość przeszłości, na niej wyrasta nowe i lepsze życie. 


Szalona kózka Mela



Ten blog powstaje także dzięki naszej kózce. Przyznam, że dopiero od  kiedy jest u nas, to zaczęłam dostrzegać także inne aspekty życia na wsi.

To nie tylko przykre obowiązki, ale przede wszystkim wspaniały kontakt z naturą. Nawet pomimo tych wszystkich utrudnień, warto tu być. Zwierzęta nadają sens życiu i nie jest to stwierdzenie przesadne. 


Jak masz kozę, nie wpadniesz w depresję.

Koza jest naturalnym antydepresantem. Chodzi za człowiekiem, robi me-me-me, domaga się kontaktu i uwielbia brykać. A przede wszystkim musisz jej dać jeść. Bo zwierz ten głodny bywa nieustannie. 

Oczywiście można też mieć psa, który też jest jednym z mieszkańców naszego gospodarstwa. A pies to zupełnie inna sprawa. Z kozą naprawdę mogą być przeboje, jak wyskoczy na maskę samochodu robi się odrobinę groźnie. 



Jak to się stało, że mamy kozę?

Pewnego dnia, kiedy wróciłam z miasta moim oczom ukazała się biała, nie duża kózka biegająca po podwórku. Była to dla mnie i dla syna wielka niespodzianka. Mąż coś tam wspominał, że przywiezie kozę, ale nie wierzyłam w jego obietnice. 

A najlepsze w tym jest to, że koza przyjechała we Fiaciku. Siedziała na tylnym siedzeniu, z głową w bocznej szybie. Nie wiem, czy było to humanitarne przewożenie ;) dobrze, że mąż nie złapał mandatu. A w sumie to pies nasz też tak jeździ, więc chyba to legalne?




Koza Mela zwana Nellą 

Kózka nasza zwie się Mella, albo Nella, zależy jak syn ją nazwie. Ogólnie to jednak jest po prostu Kozą, Szaloną Kozą, a czasem Upartą Kozą. Ma swój charakterek i jest bardzo przywiązana do ludzi. 
Nie da się jej odmówić uroku, a kiedy patrzeć w jej ślepia, to nieodparcie widać w nich coś niesamowitego. 




Co jedzą kozy?


A teraz mała ciekawostka, co jada nasza koza. Zapewne o trawie, to wszyscy już wiedzą. Koza jest naszą pomocą w koszeniu łąki. Nie potrzeba wynajmować kogoś do koszenia, co jest dużą oszczędnością, zarówno czasu, jak i pieniędzy. Oczywiście łąkę moglibyśmy kosić sami, ale zrobienie tego kosą spalinową jest zbyt trudne przy powierzchni 10 arów. 

A co oprócz trawy? Wszelkie gałęzie, liście drzew, liście warzyw, marchewki, buraczki, dynię. Najdziwniejszym smakołykiem naszej kozy jednak okazały się trociny, które kiedyś dostrzegła na podwórku. Koza lubi też suchy chleb. A zimą oczywiście dużo siana. Wbrew pozorom zimą też chodzi na spacery. 


Kilka ciekawostek odnośnie kóz

  • Kozy to zwierzęta stadne, niezwykle towarzyskie, szybko przywiązują się do innych kóz, jak i do ludzi.
  • Kozie Mleko jest najczęściej pitym na całym świecie, bardziej popularnym od tego krowiego. Z koziego mleka powstają pyszne sery. 
  • Najbardziej znana w Polsce koza to Koziołek Matołek. 
  • Koza nie lubi, gdy jej futerko jest mokre, dlatego podczas deszczu lubi się schronić w zadaszonym miejscy, lub pod drzewem.
  • Samiec kozy to Cap. Koza zazwyczaj rodzi bliźnięta, ale zdarzają się i czworaczki. 


Myślę, że to nie ostatnia kozia opowiastka tutaj, dopiero się rozkręcam z tematem.  A na wiosnę mąż obiecał baranka, będzie koza miała towarzystwo. Na razie wystarczają jej króliki, które mają z nią wspólne mieszkanko w zagrodzie. Macie ochotę poczytać o królikach?


Styczeń na wsi





Co robią rolnicy w styczniu?


Odpoczywają, leżą na kanapie, wręcz przeciwnie. Nawet my, jako rolnicy niezbyt aktywni, ale posiadający malutkie gospodarstwo, raczej hobbystyczne, nie możemy sobie pozwolić na leniuchowanie.  Mamy gromadkę zwierząt, które czekają na posiłki dwa razy dziennie. 

Chodzimy na działkę, ale w celach tylko rekreacyjnych. To jest właśnie największą zaletą mieszkania tu, wolność i świeże powietrze na wyciągnięcie ręki.  Na wiejskiej drodze ciężko spotkać człowieka. Zwłaszcza kiedy pada deszcz, większość mieszkańców siedzi w domu lub przemieszcza się tylko samochodem. 


W styczniu ziemia odpoczywa


Zdarzy się widok traktora z pługiem. Nie ma mrozu, ale mąż twierdzi, że nie powinno się już wykonywać orki w styczniu. Nie jest to korzystne ani dla upraw, ani dla samej przyrody. 

Brak mrozu i śniegu przedkłada się na  gorsze zbiory, oraz to że do upraw potrzeba więcej dokładać. Nawadniać, stosować więcej nawozów i środków ochrony roślin. Taka cena rozwoju przemysłowego, zmiana klimatu, która sprawia że niektóre rodzaje ziemi robią się jak skała niezdatna do uprawy.




Ciemna strona wsi


Gorsza strona zimy na wsi, to dom który nie ma ogrzewania gazowego. Wiąże się to z ciągłą pracą związaną z przygotowywaniem opału (drewna). Pieca trzeba stale pilnować, zwłaszcza jeśli są duże mrozy, bo może to grozić nawet awarią CO.

Oczywiście jeśli dom ma dobrą izolacje i nowoczesne ogrzewanie to takie problemy stają się rzadkością. Mam nadzieję, że kiedyś będziemy mogli sobie na takie rozwiązanie pozwolić. Nawet na zapomnianej wsi wszystko idzie do przodu i postęp coraz bardziej jest widoczny. 


Co zbieramy w styczniu?


Wbrew pozorom w styczniu można też wybrać się na małe zbiory. Chodzimy na spacery,  a  po drodze piękny krzew dzikiej róży. Można zrywać suche już owoce prosto z krzaczka, uzupełniać witaminę C zupełnie za darmo. 

Ostatnio byliśmy w sadzie, a tam moim oczom ukazał się piękny  krzew maliny z zielonymi listkami. Nie wszyscy wiedzą, że liście maliny mają tak samo cenne właściwości jak i owoce. Warto je zebrać zanim mróz chwyci mocniej, bo wtedy nie będą już wartościowe. 

Na zimę zostawiłam w tunelu selera naciowego. Mam więc świeże listki, które prawie co dzień zbieram do zupy. Seler jest odporny na mróz i szybko odrasta nawet gdy był już przemrożony. 

Druga roślina pozostawiona na zimę to jarmuż, bardzo odporny nawet na duże mrozy Można stale zrywać listki i wykorzystać do koktajlu z jabłek i marchewki. Niestety jarmuż to też smakołyk naszej kozy, która nie wiedzieć dlaczego nauczyła się wchodzić do tunelu ;)



To tak naprawdę pierwszy z tematów jaki poruszam na tym blogu. Spodziewać się na pewno możecie jeszcze innych. Postaram się opisać wszystko najbardziej realistycznie, jak to tylko możliwe. Wiele osób myśli, że życie na wsi jest sielanką, a tak naprawdę bywa różnie. 

Dlaczego blog o życiu na wsi?


 Spełniam marzenia...

Pierwszy wpis na tym blogu musi być o tym, dlaczego w ogóle go tworzę? Z potrzeby serca, z nudów, sama nie wiem? Myślę, że może być to coś zupełnie nowego. 

Mam przesyt drugiego bloga, gdzie beauty, life style, książki. Tego jest już pełno w sieci,  ludzie chcą czegoś zupełnie innego. Powrotu do natury, pokazania czegoś realnego, true life, przeciwieństwa do koloryzowanego świata IG. 

Życie na wsi potrafi być realistyczne aż do bólu. Kiedy idziesz  z dzieckiem na spacer, wracacie  do domu cali ubłoceni. A to znaczy, że nie tylko zabawa była udana, ale czeka mnie góra prania, suszenia itd. 

Z pewnością to będzie blog prowadzony zupełnie spontanicznie, na luzie. Sfotografuje otaczającą mnie codzienność. Coś do czego niektórzy bardzo tęsknią, zwyczajne życie na wsi. Problemy, troski, radości, zwykłe sprawy. 

Nie żyjemy może jak rolnicy z krwi i kości, ale mamy to w genach. Nasi rodzice pracowali ciężko na wsi, do tego  trzeba być zmuszonym, czy też mieć w sobie mnóstwo pasji. 

My mamy chyba to drugie tylko, bo rolnictwo jako główne źródło utrzymania jest sprawą naprawdę trudną. Trzeba mieć niewiarygodnie mocną psychikę, upór i siłę fizyczną. 

Prawdziwi rolnicy obecnie to biznesmeni, zarządzający sprawnie działającymi firmami. Na to nie każdy może sobie pozwolić, ale żyć bliżej natury wiele z Was ma ochotę. Czy do tego wystarczy tylko domek z dala od miasteczka, nie wiem?


O czym będzie ten blog?

Na pewno o zwierzętach, które mamy w gospodarstwie. Trochę napisze o uprawach warzyw w ogrodzie. Także o tym,  jakie owoce mamy w sadzie i  co sadzimy pod tunel. Dużo napiszę o roślinach dzikich rosnących też na naszej łące. Będą też inne tematy, jakie o tym przekonamy się z biegiem czasu. 

Interesuje się ziołami, więc ten temat z Wami przerobie dokładniej.  Sama próbuję leczyć niektóre dolegliwości za pomocą metod naturalnych i nieźle mi to wychodzi. 

Atrakcją zapewne będą też wycieczki po okolicy, w tym wyprawy do cudownej wioski Zalipie.  Mam nadzieję, że moje postanowienie noworoczne, którym też jest ten blog zostanie pomyślnie zrealizowane. 

Z pewnością nie będziemy się tu nudzić.  A więc zaczynam przygodę z nowym blogiem. Oby nie było to tylko postanowienie noworoczne, które realizuje dla samej idei.